Okiem obozowicza – Mrzeżyno 2014

Dnia 9 lipca o godzinie 21:30 Washi bacznie stawiło się na zbiórce do wyjazdu, na VI z kolei obozie sportowym. Ekipa liczyła blisko 25 osób. Pod opieką sensei’a Dariusza Szulca wraz z harcerzami ze Szczepu Matecznik zapakowała się do autobusów, aby z uśmiechem ruszyć ku przygodzie.

Cel: Mrzeżyno.

Mrzeżyno 2014

Podróż minęła spokojnie, bez jakichkolwiek utrudnień, dlatego wczasowicze mieli czas przed śniadaniem, aby przespacerować się po terenie. Tuż po posiłku zaczęła się najcięższa, ale chyba najzabawniejsza część obozu – pionierka. Każdy namiot ruszył czym prędzej po narzędzia i zaczął prace nad swoim obozowym domem.

 

Kiedy byli już zaopatrzeni w młotki, siekiery, piły oraz szpadle, nie obyło się bez kąśliwych uwag między zastępami, skrajnych emocji oraz pomocy sensei’ów. Niestety było ich tylko dwóch, a namioty trzy, jednakże kobietom się ustępuje, dlatego zastęp “Pięknych Gazel” otrzymał pomoc samego “Wiecznego Harcerza”. I dzięki Bogu, bo gdyby nie to, ich pionierka trwałaby chyba cały obóz. Natomiast młodsi panowie byli zaszczyceni słuchania rad sensei’a Mirona. Starsi panowie musieli zdać się na swoje umiejętności inżynierskie oraz techniczne i nie powiem – dobrze im szło, ponieważ do czasu górowali nad wszystkimi i ze swoich prac byli niesamowicie zadowoleni. Kiedy dziewczyny zaczęły dopiero kopać dołki, a młodzież przecinała bale, „Bracia Słaby powoli mieli konstrukcję ich prycz.. Dopiero później okazało się, że przysłowie: “Ostatni będą pierwszymi” sprawdza się realnym życiu. Starsi panowie może i mieli umiejętności techniczne, ale na pewno nie przyjmą ich na studia inżynierskie, z racji tego, jak wyglądała jedna z ich pryczy. Wielu próbowało pojąć ukryty sens owej konstrukcji, bo łóżka to za bardzo nie przypominało. Jedni nazywali to łożem małżeńskim (chyba dla karłów), inni jacuzzi. Niestety, nigdy nie rozstrzygnięto sporu, a „Bracia Słaby” niechętnie wypowiadali się w tym temacie. Jeżeli chodzi o prycze Młodych, one po prostu były. To samo tyczyło się prycz dziewczyn, chociaż ich konstrukcja wyglądała na solidniejszą. Cała pionierka zajęła półtora dnia wraz z szafkami. Kiedy prace się zakończyły można było rzec, że najgorsze już za nimi.

Kolejne dwa dni wypoczywali nad polskim morzem. Nie było aż tak ciepło jak to pokazują w telewizji, ale i tak każdy wykąpał się w wodzie. Miło spędzali czas, niektórzy czytali, inni grali, jeszcze inni po prostu leżeli okryci bluzą, cóż jak kto woli. Czas całkowitej laby musiał jednak dobiec końca, ponieważ nie bez powodu ten obóz został nazwany sportowym. Pierwszym treningiem był bieg do latarni w Mrzeżynie. Jak zwykle początki są zawsze najtrudniejsze, ale każdy dał radę. Po powrocie odbyły się różne spekulacje na temat dystansu, który przebiegliśmy. Propozycje były różne: 3km, 4km, 6km w jedną stronę. Niestety było to tylko marne 2,5 km. I tak oto zaczęły się treningi. Jeden dziennie, czasem dwa. Biegi do latarni, czy do Rogowa. Najgorsza zmora, czyli zaprawa, była tylko jedna, na szczęście. Byli i tacy, którzy dodatkowo uczyli się kata. Popularną rozrywką stała się gra w dziada. Aktywność sportowa przede wszystkim.

Mimo że byliśmy na obozie, fani nie zapomnieli o Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej. Kiedy odbywał się finał oraz półfinał, na który Washi się wybrało do najbliższego sklepu posiadającego telewizję, aby obejrzeć te emocjonujące pojedynki.

Oczywiście oprócz wyjść na mecze, Washi kilka razy odwiedziło miasto Mrzeżyno. Wtedy każdy miał czas dla siebie i mógł robić co dusza zapragnęła. Obozowicze jedli ze smakiem ryby w porcie przy zachodzie słońca, oglądali pamiątki, zajadali się goframi i lodami, spacerowali po mieście, czy siedzieli na murku przy latarni i napawali się widokiem morza. Każdy wykorzystywał czas na swój sposób, więc nikt nie był zawiedziony.

Miasto Mrzeżyno nie było jednak jedynym miejscem, które zostało odwiedzone przez Karateków. Któregoś dnia nawiedzili oni muzeum lotnictwa (jak można się domyśleć w ten dzień słynny był cytat z filmu pt. “Chłopaki nie płaczą”). Wysłuchali kawałka historii, aby później obejrzeć maszyny, które zrobiły na niektórych wrażenie. Zabytkowe samoloty, czołgi oraz auta, były tym co mogli ujrzeć.

Kolejną wycieczką, która była mile wspominana to podróż do Kołobrzegu, która odbyła się wraz z Matecznikiem. Po wejściu na latarnię, obejrzeniu muzeum minerałów, ludzie mieli czas wolny. Większość skorzystała z tego, aby zapełnić swoje żołądki oraz trochę pospacerować po okolicy. Kiedy czas wolny minął uczestnicy wycieczki zapakowali się na statek piracki i wypłynęli w 45-minutowy rejs po morzu. Na początku każdemu się podobało, kiedy to statek sunął po wodzie i wielu chciało stać na dziobie, chyba zbyt wielu. Statek rozbujał się niczym kołyska, przez co wielu żałowało, że jadło przed chwilą kebaba czy hamburgera, a inni byli bladzi ze strachu. Fale chociaż niepotężne dały się we znaki tym, którzy stali na dziobie, ponieważ po krótkim czasie byli już cali mokrzy. Emocje były różne, niektórym się podobało, a inni byli przerażeni. Kiedy jednak rejs dobiegł końca sporo ludzi chciałoby jeszcze raz przeżyć taką przygodę.

Po statku w Kołobrzegu przyszedł czas na coś mniejszego, lżejszego, ale i szybszego. Rejs jachtem motorowym, który nazywał się Rena. Zanim jednak skorzystali z tej atrakcji, karatecy musieli przybiec do portu. I zaczęło się. Każdy mógł poczuć nie tylko wiatr, ale i wodę we włosach oraz stać się kapitanem i pokierować przez chwilę motorówką. Wrażenia niezapomniane. Nie było takiego, któremu by się nie podobało. Po wszystkim obóz wrócił biegiem do swych namiotów ze śpiewem na ustach.

I tak mijały dni, a koniec przygody w Mrzeżynie był już tuż tuż, dlatego Washi musiało zrobić coś niesamowitego. Tą rzeczą miało być przebiegnięcie 12 km. Nie wszystkim się to udało, ale znacznej większości tak i jak sensei powiedział- „Możecie być z siebie dumni”. Tego samego dnia odbyło się również ognisko, na którym zostało przedstawione przez wędrowników z Matecznika 25 lat istnienia tegoż szczepu.

Kolejny dzień był wyjątkowy dla sempai Zofii Szyposzyńkiej, której duch karateki został wystawiony na próbę. Po niedługim, ale treściwym treningu, musiała udowodnić, że jest godna posiadania 3kyu. Najpierw zaprezentowała wszystkim osiem kata włącznie, aby później przejść do trudniejszej części, czyli walk, a dokładniej ośmiu walk bez przerwy. Po 16 minutach ciągłej walki nad brzegiem morza usłyszała, że zdała egzamin na 3kyu. Szczęśliwa i obolała wskoczyła do wody, oczywiście za namową i dopingiem wszystkich. Wieczorem odbyło się ognisko kończące, a później śpiewanki na które poszła część osób, inni woleli spędzić czas w namiotach, aby nacieszyć się ostatnim wieczorem ze znajomymi.

W ostatnim dniu Washi w kimonach przebiegło się do portu, aby pożegnać Mrzeżyno. Zawitali również do kapitana jachtu, którym mieli okazję się przepłynąć. Każdy zaczął robić sobie zdjęcia, ale największe zaskoczenie było, kiedy na pokład wsiadły same dziewczyny. Kapitan odpalił i ruszył. Jak wielkie było zdziwienie panów, którzy zostali na brzegu. Kapitan został okrzyknięty najlepszym i na pewno zostanie długo zapamiętany.

Po powrocie zaczęły się prace, które miały na celu całkowite zniszczenie obozu. Poszło znacznie sprawniej niż budowanie. Spakowani, umyci i najedzeni czekali na wyjazd. Zanim jednak to się stało każdy dostał suchy prowiant na drogę od kuchni, która przez cały obóz dbała o to, aby nikt nie chodził głodny. Prowiant nie obył się bez bułki z żółtym serem, który był dominującym składnikiem w jadłospisie.

Podróż powrotna poszła tak samo sprawnie. Wcześnie rano każdy żegnał się ze sobą i już od tamtej chwili zaczął odliczać dni do następnego obozu. VI Obóz sportowy Oyama Karate zakończył się w dniu 27 lipca. Dziękujemy sensei Darkowi, OSU!

pod. red. Rysia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *